Brak MMO, niczym niedobór fosforu wykańcza me serce. Szukałem, błądziłem, zupełnie jak ćpun pozbawiony swojego narkotyku, testowałem swój organizm z nowymi dziełami kultury. Był Aion, niezwykle fajne MMO, Defiance, który skusił mnie klimatem i nic poza tym. World of Warcraft, bezdyskusyjny król, uwielbiam klimat tej produkcji, niestety w moim odczuciu bardzo się już zestarzał.
Guild Wars 2, miłość mająca wzloty i upadki, tak określiłbym swoją przygodę z właśnie tą produkcją. Miłości tej poświęciłem 706 godzin, w tym mojej głównej postaci (Renfree) 627 godzin. Powroty bywają ciężkie, przypominanie sobie mechaniki, szukanie gildii itp. Moja gildia w której byłem przed dłuższą przerwą, bardzo ciepło przyjęła wiadomość że wróciłem. Przypomniałem sobie dlaczego tak bardzo GW2 przypadło mi do gustu. Mechanika która jest bardziej "arcadowa" i starająca się nie być kopią World of Warcaft. Piękny świat, którego zwiedzanie niejednokrotnie pochłaniało mnie całkowicie, oraz nowe eventy, które ArenaNet projektuje dla graczy. Crafting stanowi wyzwanie, nie jest niepotrzebnie uproszczony, dzięki czemu osiągnięcie maksymalnego poziomu daje satysfakcje. Wyzwania gildyjne wymagają zgrania, działając na własną rękę, nie planując trudno osiągnąć zamierzony sukces. Sam rozwój gildii, uczestniczenie w nim, uważam za bardzo pozytywną rzecz. Najbardziej stęskniłem się jednak za World vs. World vs. World (WvWvW). Trzy serwery stają na przeciw siebie w potyczce trwającej tydzień, na specjalnie przeznaczonej do tego mapie. Zdobywanie twierdz, zamków, punktów zaopatrzenia, robienie ulepszeń, dowodzenie ludźmi. Spędziłem na polach bitwy dużo czasu, zdarzyło mi się również dowodzić. Właśnie z WvWvW czerpie najwięcej satysfakcji. Z pewnością wrócę do tematu GW2 jeszcze nie raz, może skupie się na poszczególnych elementach rozgrywki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz