Wiele razy wypowiadałem się o moim gnijącym pokoleniu, do którego sam należę i poza ten gnój za wiele nie wyrastam. Często odnoszę się z pogardą do tego właśnie pokolenia i nieraz do samego siebie, kiedy o tym myślę przeglądając się w lustrze.
Jesteśmy wychowani na kruchym wartościach. Chodziliśmy do szkoły, kończyliśmy ją z różnym skutkiem. Niektórzy poszli na studia, jeszcze mniej dotrwało do ostatniego roku. Każdy z nas miał idee, dla nas silne niczym ceglane mury, w rzeczywistości słomiane płoty. Z każdym dniem dowiaduje się czego o sobie jako człowieku, obywatelu. Czym głębiej w inicjatywy społeczne, akcje, tym zakorzenione we mnie przekonanie o bierności ludzi z mojego rocznika. Są to ludzie z ogromną wiedzą teoretyczną, niestety z brakami w praktyce. Ludzie oczekujący na inicjatywę innych, często niezdolnych do podejmowania samodzielnych decyzji. Bezbronnych na poletku merytorycznych konwersacji, potrafiących tylko sączyć jad w cyberprzestrzeni, uznających tradycje za relikt przeszłości. Gwardia osób które nie mają przynależności narodowej, są to obywatele świata, co niejednokrotnie widać po zróżnicowaniu w ich mowie. Nie czuje się lepszy, wychowany w podobnym świecie, brodzę teraz w takim samym gównie. Tak się zastanawiam jak można to zmienić, czy iskrę wiary którą noszę w sobie można wykorzystać, czy można podniecić ogień w sercach innych ludzi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz