środa, 14 czerwca 2017

Borsucza Lupa: Targi E3

Jak co roku odbyły się targi elektronicznej rozrywki. Często te targi nazywane są świętem graczy. Otóż nic bardziej mylnego. Oczywiście, jest to święto, lecz nie graczy a developerów i firm zajmujących się public relations. Firmy starają się zaszczepić w nas hype na daną produkcję (tutaj punkt dla antyszczepionkowców), pokazują gry w które w większości wyjdą za dwa bądź trzy lata. Jak każdy oglądający miałem swoją listę życzeń i jeśli mam być szczery, w mojej opinie to było o wiele gorsze E3, niż w roku poprzednim.

Subiektywne podsumowanie targów zacznę od konferencji Electronic Arts, na której tak na prawdę, tylko dwie gry wzbudziły we mnie jakieś tam zainteresowanie. The Way Out zapowiada się interesująco. W końcu jest szansa na interesującą grę kooperacyjną, jednocześnie nie polegającą na ciągłym strzelaniu do wszystkiego co się rusza. Zdaje sobie sprawę, że gier takich jest więcej, ale wśród gier z półki AAA to wciąż rzadkość. Star Wars Battlefront II wygląda ładnie i ma opowiadać historię pomiędzy Powrót Jedi a Przebudzenie Mocy, dodatkowo wpisuje się w kanon Gwiezdnych Wojen. Warto też napomnieć że EA zrezygnowało z płatnych DLC do Battlefronta II. Z gier sportowych najciekawiej wygląda ta o koszykówce. 

Konferencja Microsoftu to w skrócie historia o rozdzielczości 4K. Potężniejsza wersja xbox'a nazywać będzie się XBOX ONE X - ps. to nie żart. Z samych gier bardzo podobał mi się indyk The Last Night, który po prostu przedstawia uwielbiany przeze mnie klimat i ma ładną pikselową grafikę. Zwrócić uwagę należy również na Dragon Ball Fighter Z, z piękną, rysowaną oprawą. Ogłoszono w końcu premierę Cuphead (29 września). Konferencję Microsoftu zakończę ładnym, oskryptowanym do bólu zwiastunem nowego Metro: Exodus.

Ubisoft w tym roku pokazał na targach klasę. Zdecydowania najlepsza konferencja, nie bali się rzeczy dziwnych i pokazali ładne gry. Mario Rabbits Kingdom Battle, gra po której twitter zawrzał. RPGowe Mario zawsze dobrze się sprzedawało i moim zdaniem, ta gra tylko to potwierdzi. Dostaniemy także dwa South Parki, jeden z podtytułem The Fractured but Whole oraz Phone Destroyer. Dostaniemy więcej dobrej rozrywki i to w wersji na komputery, konsole i urządzenia mobilne. Jak co roku, jak pojawia się Just Dance, mam ochotę kupić, nie ważne jak dziwne show wokół tej gry zrobi Ubi. Największą perłą wśród konferencji Ubisoftu, a tak naprawdę wśród całych targów E3 jest Beyond Good & Evil 2. Sprzedali nam nostalgię i zrobili to cholernie dobrze, sprawili że zimne serce gracza wzruszyło się choć na moment.

Sony jak co roku zaczęło koncertem, tym razem muzyka średnio trafiła w moje gusta. Pod względem gier też nie zachwycili. Pierwszy ból w sercu to Monster Hunter World który wychodzi na Playstation 4 a pomija konsole od Nintendo. Remasterowany Shadow of the Colossus, który jest dobrą grą, więc czemu nie. No i nowy Batman Spider Man, który wygląda bardzo interesująco, chyba jedyna gra z konferencji Sony w którą naprawdę chciałbym zagrać.

Pokaz Nintendo był jak zawsze w ich specyficznym stylu. Zapowiedzieli sporo gier na Switcha, co cieszy. Wszystkie gry o N stały tak naprawdę w cieniu Metroid Prime 4, którego de facto zobaczyliśmy tylko logo. Z rzeczy wartych odnotowania to RPG Pokemony na Switcha, nowy Yoshi oraz Rocket League z między platformowym multiplayerem. Większość rzeczy mają pokazać na dniach w swoim Treehouse. Największym minusem konferencji Nintendo był brak gier na 3DSa.

Konferencja Bethesdy była dla mnie nijaka, więc pomijam. O PC Gaming Show z litości nie wspomnę. Na tych targach położono spory nacisk na VR. Dowiedzieliśmy się również że Skyrim jest wszechobecny, że piraci to nowe zombie wirtualnej rozrywki i że w końcu zaczyna stawiać się na nowe marki. Największym zawodem targów był brak Gwinta na PC Gaming Show, bo braku Cyberpunka spodziewałem się.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Bloger marnotrawny.

Z pochyloną głową wracam do miejsca gdzie niegdyś czułem się spokojnie, gdzie byłem panem na włościach, skąd wyruszałem w swoje podróże. Takimi opisami mógłbym się tłumaczyć z braku wpisów. Prawda jest taka, że po prostu nie miałem czasu na pisanie na tym blogu, co nie znaczy że nie pisałem wcale. Doszło kilka komercyjnych tekstów i pisanie przygód do gier RPG.

Prócz pisania przygód RPG dla dwóch grup graczy, nadrabiałem kilka książek, komiksów i gier. By ten wpis nie był pusty chcę polecić Publiczne Egzekucje napisane przez Nigela Cawthorne'a. Nie można powiedzieć, że czytałem z zapartym tchem, lecz z pewnością dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. Książka obala bardzo popularne mity na temat różnych rodzajów egzekucji. Najciekawszym rozdziałem zdecydowanie jest ten, traktujący o Rewolucji Francuskiej, bo przybliża nam działania francuskiej konspiracji. Z jej pomocą, można też napisać kilka scen, które zapadną graczom czy czytelnikom w pamięć.

W swoim tempie przerabiam także Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia na konsolę 3DS. Mam strasznie mieszane uczucia co do tej gry. Są momenty za które ubóstwiam grę i momenty przez które nie chce mi się w nią grać. Na pewno napiszę o FE Echoes coś, ale będą to bardziej wrażenia niż pięknie zapakowana recenzja. Komiksowo zaś zanurzony jestem w trwające wydarzenie Marvela, Secret Empire. Nie powiem, jestem zaintrygowany tym co tam się dzieje i jak to wpłynie na uniwersum. Chyba tyle można powiedzieć by nie robić spoilerów. Łatwy dostęp do komiksów mam poprzez aplikację Marvel Unlimited. Jest też open beta Gwinta, gry karcianej od CDP Red, która wciągnęła mnie strasznie. Jest wymagająca i nagradza za myślenie, a za błędy karze, dzięki czemu daje satysfakcję z gry. Open Beta ma mnóstwo błędów, wiele rzeczy do poprawienia, mimo tego zachęcam do spróbowania swoich sił.

Prawdopodobnie pojawi się też wpis o małej knajpce, otwartej nieopodal mojego domu. Muszę tylko dogadać się z właścicielami, przemyśleć formę wpisów oraz znaleźć czas i chęci. Po pierwszej wizycie jestem lekko zmieszany i chyba trudno mi wyrobić sobie jakąkolwiek opinię.

Prócz tego bloga, prowadzę jeszcze Dementrium oraz Kośćmi Po Stole. Na tym pierwszym są surowe opowiadania, obecnie seria tworzona dla społeczności. Drugi jest bardziej sumieniem Mistrza Gry, gdzie dziele się swoim, jakimś tam doświadczeniem. Do tego czas porobić porządki na blogach, zrobić aktualizację linków. Jest też pewien projekt, ale o tym w dalekiej przyszłości.

środa, 11 stycznia 2017

Sztuka składania talii

Czas wrócić do rzeczy przyjemnych i tylko na nich się skupić. Jak wspominałem o tym we wcześniejszych wpisach, w gry karciane gram od 2000 roku i przez te wszystkie lata, zawsze pojawiał się problem konstruowania decków. Po wykwicie gier karcianych online, zaczęła się fala ludzi, zadających pytania o każdy szczegół. Co nie jest złe, w końcu się uczą. Najgorsi są jednak ludzie, którzy dają im kiepskie rady.

Mój staż to głównie Magic: The Gathering, najbardziej popularna gra karciana na świecie (nie licząc gier online). Będę opierał się na tej grze oraz na mojej nowej miłości czyli Gwincie. 
  • Za każdą talią stoi pomysł. Zabierając się do składania, musimy się zastanowić nad tym, jak ma działać nasz deck. O ile fajnie jest wkładać silne karty, to w większości przypadków karty bez synergii są po prostu nieprzydatne. Zamysł potraktujmy jako ramy naszej talii.
  • Limity kart w talii. Każda gra karciana na rynku dopuszcza możliwość włożenia do decku określoną ilość kart danego typu oraz wyznacza granice ilości kart w naszych taliach. W gwincie możemy mieć maksymalnie trzy takie same karty brązowe. Lecz nie zawsze opłaca się wkładać trzy. To jeden z podstawowych problemów. Nauczmy się wyważać nasze talie, optymalizować je pod względem doboru kart, jak i ich przydatności. W MTG przyjęty rozmiar decku to 60 kart i naprawdę rzadko zdarza się, by gracze wkładali więcej kart. Mniej kart to większa szansa na dobranie potrzebnych nam kart. Oczywiście są wyjątki. Są talie oparte na bardzo dużym doborze kart z wyciąganiem poszczególnych kart prosto z talii na rękę. W Gwincie limit wynosi od 25 do 40, więc celujemy w najniższą wartość, by zwiększyć sobie szansę na dobór odpowiednich kart. Oczywistym jest, że czym częściej możemy dobierać bądź wyciągać karty, tym ten limit możemy zwiększać.
  • Szukanie zastępstw kart. Pytania o zastępstwa kart stały się wręcz plagą karcianek online. Podstawowa sprawa, zastanówmy się dlaczego dana karta znajduje się w decku, jaką funkcję tam spełnia, a potem poszukajmy karty o zbliżonym działaniu. Nie wszystkie karty da się jednak zastąpić. Jeśli brakuje nam kluczowych kart, odpuśćmy sobie budowanie tej talii, to mija się z celem. Są też przypadki, że brakuje nam tylko jednej kluczowej karty, możemy spróbować ją zastąpić, uwzględniając zmiany w mechanice czy w danym combo. Innymi słowy, przebudowując lekko zamysł decku. 
  • Tworzenie i niszczenie kart. Jeśli rzucasz pytanie, mam X zasobu, którą kartę stworzyć, to znak że nie powinieneś tworzyć żadnej. Karty tworzymy wyłącznie wtedy, gdy brakuje nam ich do jakieś talii. Zasób nam nie ucieknie i możemy go wykorzystać w każdej chwili, więc po rzucać się na tworzenie kart? Co do niszczenia kart. Moim zdaniem, nie opłaca się. Oczywiście, nadprogramowe powtórki idą na przemiał, ale reszta nie. Nigdy nie wiecie czy będą zmiany w kartach, jak ułoży się meta. Średnio, by uzyskać daną kartę, musimy zniszczyć cztery tej samej jakości, czyli w prostym rachunku, jesteśmy trzy karty do tyłu. 
  • Stabilizowanie i ulepszanie decku. Najlepszym sposobem na testowanie talii jest po prostu granie nią. W teorii możemy zrobić najlepszą talię na świecie, gra to zweryfikuje. Nie wymieniaj kart po jednej porażce z danym deckiem. Porażki zdarzają się każdemu, naturalnym jest też to, że przeciwko niektórym będzie szło ci łatwiej, innym trudniej, taka specyfika karcianek i różnych w nich frakcjach. 
Wielu wyda się, że to co wyżej napisane to czyste truizmy, lecz to są podstawy, które mogą pomóc wielu zaczynającym z grami karcianymi graczom. W sieci jest wiele gotowych talii, które są bardzo mocne, lecz nawet najlepsza talia nie sprawi, że zaczniecie wygrywać, jeśli jej nie zrozumiecie, nie nauczycie się nią grać. Przy samym konstruowaniu własnej, już uczestniczycie w tym procesie uczenia się.

środa, 14 września 2016

Ordynarny rzyg wrześniowy

Rzadko zdarza mi się być czymś tak bardzo wkurzony, jak to się dzieje od paru dni. Spotyka mnie mnóstwo szczęścia ostatnimi czasami: nowa redakcja ze wspaniałymi ludźmi, projekty idą do przodu, coraz więcej osób chce grać w gry fabularne. Zamiast się tym wszystkim cieszyć, nie robię nic innego, tylko chodzę w stanie ciągłego wkurwienia. Nie ukrywam że ten tekst jest dla mnie, by upuścić nieco zatęchłego powietrza, które napompowało gówniany balon. 

Od kilku dni głównym tematem w mediach jest "afera reprywatyzacyjna", która idealnie wpasuje się w potok gównianego mainstreamu zalewającego nas z naszych telewizorów. W połączeniu ze sporami o trybunał konstytucyjny urodziła się nam nasza, polska Mississippi. Jestem wręcz przekonany że spór o TH większość obywateli ma w dupie. Dla obywatela to nie znaczy zupełnie nic, aparat państwowy nie słynie z działania na korzyść obywatela (pracodawcy jakby ktoś zapomniał). Tutaj ciśnienie mi się podnosi, ale jestem w stanie to wytrzymać, przynajmniej do momentu obrad parlamentu europejskiego. Jest pewna urocza tendencja w UE do pouczania wszystkich na prawo i lewo, samemu nie stosując się do swoich słów. Słucham tych urzędników i po prostu mam dosyć. Przez ostatnie kilka miesięcy słowo demokracja zostało tak zeszmacone jak przez ostatnie 4 lata słowo patriotyzm. Niemiłosiernie wkurwia mnie zwrot "walka o demokracje". W tym całym konflikcie o TK ani jednej, ani drugiej stronie nie chodzi o demokracje. Nie mówiąc o tym że każda partia na terenie całej, wspólnej Europy inaczej rozumie to słowo. 

Debata publiczna w Polsce nie istnieje. Obecnie mamy objazdowy ring bokserski, na którym to wachlują się przeciwnicy polityczni, ale w taki sposób by nie zrobić przeciwnikowi krzywdy. Zamiast karocy z białymi rumakami, w której to dystyngowani przedstawiciele narodu przybywają do zamku na obrady, mamy obleśną elitę polityczną, odzianą w dresy z barwami swojej partii, a zamek wymieniliśmy na hotel przy drodze. Rządzą nami ludzie, którzy nie potrafią dobrze się wysławiać w swoim języku ojczystym. Często mówi się o wymianie elit politycznych. Obecnie to wygląda na zasadzie "w jakich kolorach chcesz kij którym będę Cię bił". Czemu chcemy nowych elit, które będą nam mówiły co mamy myśleć, a nie chcemy elit które będą nas zachęcać do samodzielnego myślenia. 

W tym wszystkim najgorsza jest bezradność obywatela. To się nie zmieni wraz ze zmianą partii, to może się zmienić wraz ze zmianą elit. A kto ma wybierać te elity? No właśnie...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Nowa Polska moda: Sezon na Patronite

Moda jest bardzo dziwny zjawiskiem. Nie zawsze możemy określić jej początek, trudno też wyznaczyć jednoznaczny tor, często śmierć danej mody jest niezauważalna, albo po prostu brutalnie zastępowana przez jej następczynie. Podobnie jest z modami internetowymi, bo w końcu jedna z nich mocno weszła w świat polskich internetów. Powitajcie sezon na Patronite.



Czym jest Patronite? Jest to polski odpowiednik, crowdfundingowej strony Patreon, na której twórcy mogą być wspierani finansowo przez społeczność. Jest to chyba najprostszy sposób na wytłumaczenie do czego służy ta strona. Dzisiaj zajmę się polskim odpowiednikiem, gdyż po wielkim sukcesie Krzysztofa Gonciarza internet zachwycił się, bądź zachłysnął możliwością zbierania pieniędzy. A jaki jest cel Patronite?

"Patronite umożliwia budowanie relacji utalentowanym twórców i sportowców z ich odbiorcami, tym samym ułatwiając pozyskiwanie finansowania na zasadzie subskrypcji, w oparciu o zaangażowanie patronów. Dla Autorów jest to sposób na utrzymywanie się z muzyki, sportu, malarstwa, art designu, filmu i innych rodzajów twórczego działania. Dla odbiorców - konsumentów - jest to unikalna okazja, umożliwiająca dostęp do ekskluzywnych materiałów, takich jak przedpremierowe nagrania, niestandardowe bilety, otwierające wejście na backstage koncertu lub meczu, a nawet spotkania z ulubionymi twórcami czy sportowymi drużynami. Idea polega na budowaniu relacji opartych na subskrypcji finansowej." 
- Patronite.pl 
Czym to jest dla nas, odbiorców. Daje nam możliwość wsparcia wybranych twórców, których lubimy, cenimy za dostarczane nam treści. Przenosząc to na poletko youtuba, jest jakaś szansa, że dostaniemy lepszej jakości materiały. Mniej materiałów celowanych do najmłodszych odbiorców (największej liczby oglądających), a próba zebrania widowni doroślejszej (bogatszej), poprzez dostarczanie materiałów w lepszej jakości technicznej i bardziej merytorycznych. Z pewnością duża szansa dla ciut mniejszych (lecz wciąż dużych) twórców, którzy mają wierną widownię. Znając życie, znajdzie się też kilka patronitów (a te pojawiają się szybko) mówiących nam, jak to te pieniądze są niezbędne do dalszego funkcjonowania i że od nich zależy przyszłość kanału. Pytanie czy to podziała na wspieranie tak samo jak na łapki, koszulki i tym podobne sprawy? Tego zapewne dowiemy się z czasem.

Za wielką modą ruszą również Ci najmniejsi, bądź dopiero zaczynający twórcy. W tym miejscu należy zadać pytanie, czy Patronite jest dla każdego? W teorii tak, każdy może założyć konto i dołączyć do grona twórców. W rzeczywistości, nie, wciąż trzeba zebrać społeczność, tworzyć dobrej jakości treści. Warto zadać sobie pytanie, czy za to co wypuściłem, zapłaciłbym? Równie dobrze w tym momencie, mógłbym zakładać własne konto crowdfundingowe, lecz nie tworze treści za które warto by płacić, bo są ich tysiące w sieci. Wiem że wiele muszę się nauczyć, dużo rzeczy doszlifować. Patronite ma być wsparciem finansowym dla waszych pasji, a nie traktowany jako cel w karierze zawodowej. 

niedziela, 29 maja 2016

Fire Emblem Fates - wrażenie piewsze, drugie i trzecie

Tekst może zawierać przypadkowe spoilery. Fani Nintendo praktycznie od zawsze byli rozpieszczani dużą ilością jRPG z walką podzieloną na tury, bądź grami z kategorii TBS (Turn-Based Strategy). Ten drugi gatunek jest mi bardzo bliski i regularnie ogrywany, nie tylko na konsolach od wielkiego N, ale praktycznie na każdej dostępnej mi platformie. Nie ważne czy to Advance Wars (GBA), XCOM 2 (PC), Final Fantasy Tactics: The War of the Lions (Android/iOS), czy Fire Emblem Fates (3DS). Ostatniemu tytułowi chcę poświęcić ciut więcej czasu.


Fire Emblem Fates to kolejna odsłona popularnej marki, a za razem druga odsłona na konsolę Nintendo 3DS. Grę możemy dostać w dwóch edycjach: Birthright oraz Conquest. Każda z tych wersji oferuje możliwość opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu (o tym niżej). 
Pewnego dnia Corrin, główny bohater gry, odkrywa straszną prawdę - mimo że dorastał w Nohr, tak naprawdę jest potomkiem rodziny królewskiej sąsiadującej krainy Hoshido. Przed laty zły król Garon porwał go od rodziców. Teraz oba narody są na skraju wojny i gracz musi wybrać czy Corrin ma ochronić Hoshido, krainę swoich krewnych, w Fire Emblem Fates: Birthright, czy może powinien stanąć po stronie wieloletnich opiekunów i powstrzymać działania Garona w Fire Emblem Fates: Conquest.  
nintendo.pl
Posiadacze jednej z wersji będą mogli dokupić drugą ścieżkę fabularną w formie DLC, które kosztuje 80 złotych. Od 9 czerwca dostępna będzie jeszcze trzecia ścieżka Revelation, w której to nasz bohater postanawia nie opowiadać się po żadnej stronie konfliktu. Prócz zawartości fabularnych, będziemy mogli dokupić pojedyncze mapki z wyzwaniami, bądź cały zestaw Map Pack 1 za 72 złote. Posiadacze wersji limitowanej Fire Emblem Fates dostali obydwie gry oraz przedpremierowe Revelations.


Czas napisać coś o fabule i wrażeniach z gry. W trakcie powstawania tekstu, zatrzymałem się na 16 rozdziale gry. Tekst powstaje przed skończeniem produkcji z jednego, bardzo prostego powodu. Zanim napiszę coś większego (o ile czas pozwoli) chciałbym ukończyć wszystkie trzy ścieżki fabularne, by móc je jakoś porównać, wyciągnąć wnioski bądź lekcje, jeżeli takowa jest w grze ukryta.

Pod względem fabularnym gra mi się podoba. Rozdzielenie fabuły na ścieżki i przedstawienie racji każdej ze stron jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Co do sposobu przedstawiania historii, strasznie irytujący jest sposób wprowadzania nowych bohaterów do gry. Masa rozmów pomiędzy postaciami, którą tak naprawdę można by przyciąć o połowę, po prostu postacie nie potrafią powiedzieć niczego krótko i dosadnie. Przerywniki filmowe na silniku gry są podobne do tych z Fire Emblem Awakening, z tym wyjątkiem, że w najnowszej odsłonie mają stopy. Przeżyłem duży zawód, jak zobaczyłem animowane przerywniki filmowe, których jest dosyć mało i często są to bardziej statyczne obrazy z przesunięciem kamery niż animacja. Nie zmienia to faktu, że dobrze oddają klimat opowieści i skupiają się na najważniejszych momentach, tych które po prostu trzeba zobaczyć. Co do samych postaci, czasami mam wrażenie, że nawet te pozornie ważne, są miałkie i bardziej pełnią rolę statystów aniżeli ważnych i wyrazistych towarzyszy.

Mechaniczne podoba mi się bardziej niż Awakening. Grając po stronie Conquestu, mam mało złota i nie mogę pozwolić sobie na kupowanie wszystkiego na prawo i lewo. Dzięki temu zabiegowi, o wiele większą uwagę przykładam do odwiedzania domostw podczas bitew, bo dzięki nim, może wpaść kilka dodatkowych monet. Po tej stronie konfliktu nie mam zbyt wielu okazji, by podciągnąć doświadczenie moich postaci, dokładnie planuje przebieg walki, starając się równomiernie wykorzystywać całą drużynę. Kilka nowych mechanik względem poprzedniczki, chociażby możliwość pojmania i przetrzymywania jednostek wroga, wykorzystywanie "mocy smoka", by kształtować teren, czy po prostu używanie machin, znajdujących się na mapie.

W grze dostajemy własną twierdzę, nie ważne gdzie ona się znajduje i dlaczego ją mamy. Jest to nasza siedziba, gdzie znajdują się kwatery, sklepy, kopalnie, farmy i reszta innych rzeczy przydatnych do ulepszania broni. Pokochałem możliwość odwiedzania innych zamków, zbierania punktów, za które dostaję dodatkowe przedmioty dla mojej drużyny. Lecz nie jest to coś idealnego. Czasami mam wrażenie, że zajmowanie się zamkiem i odwiedzanie innych graczy pochłania mi zbyt dużo czasu, co skutecznie odciąga mnie od fabuły, na swój sposób rozwadnia przyjemność z przechodzenia kampanii. Niestety nie da się tego pominąć, jest nam to potrzebne, by się rozwijać, ulepszać broń. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś na tyle dziwny, że będzie wyciskał siódme poty i udowodni mi, że się mylę, lecz ja wolę jednak czerpać nie sadystyczną przyjemność z gry. 



Mój FC: 5386 - 8485 - 2016 oraz FE Fates ID Castle: 15688-40421 99804-59116

czwartek, 24 marca 2016

Myśli sztafeta

W życiu każdego człowieka nadchodzi pewien czas, kiedy to ma ochotę pierdolnąć wszystko w kąt i wyjechać gdzieś daleko, gdzie nie spotkają go ludzie i szara rzeczywistość za tymi ludźmi się ciągnąca. Od ponad pół roku, mam to co tydzień.

Mógłbym zacząć od bojówek katolickich i ateistycznych, ale nie mam o nich zbytnio dobrego zdania. W sumie większość konfliktów, które toczą się w naszym pięknym, ale umęczonym idiotyzmami kraju, powodowana jest przez przeświadczenie, że musimy nawracać ludzi na właściwą drogę, nieważne jaka ona jest i do czego prowadzi. Jeśli "głupiec" tkwi w błędzie, czym nikogo nie rani i nie obraża, a daje mu to szczęście, to kim my jesteśmy, by odzierać go z tych chwil radości. W imię jedynej, oświeconej prawdy, która tak naprawdę nie zmieni nic, poza tym, że dany człowiek będzie nieszczęśliwy? Dlaczego zmiana zdania odnośnie "czegoś" jest zła, jeżeli człowiek został przekonany sensownymi argumentami? Świat utracił zdolność pojmowania prostych korelacji życiowych. Jesteśmy na etapie sprawdzania górnej granicy wytrzymałości na głupotę, wmawia się nam, że Piramidę Maslowa powinno się obrócić o 180 stopni. Bierzemy udział w swoistej sztafecie poglądów, gdzie nagrodą za pierwsze miejsce jest NIC. Co jest bardziej zabawne, za wygrane NIC organizujemy kolejną sztafetę z tą samą nagrodą. Co jeśli ktoś nie chce brać w niej udziału? Są ludzie, którzy mają w dupie wyścig, chcą żyć i nie potrzeba im kapłanów danego poglądowego kościoła.

Jest to ułamek myśli, które galopują po mojej głowie. Pytania, na które mam nadzieję poznać odpowiedzi, rzeczy, które chcę zrobić. Pożądam jednej rzeczy, życia na własnych warunkach i mam nadzieję spełnić to w możliwie najkrótszym czasie. Ile osób może się tym pochwalić? Ile osób może szczerze powiedzieć, że żyją w stu procentach na własnych warunkach? Staram się zachować otwarty umysł, często stając po jednej i drugiej stronie barykady, słuchając, a nie osądzając. Dzięki temu poznałem wielu wspaniałych ludzi, ludzi, o których świat prawdopodobnie nigdy nie usłyszy, a którzy zmienili mój świat na lepsze, pewnie nawet o tym nie wiedząc.

Znajomych mam niewielu, z małą grupką łatwiej utrzymywać kontakt i tak naprawdę wielu mi nie potrzeba. Każdego z nich podziwiam, są to ludzie o przeróżnych poglądach, odmiennych charakterach, ale są mądrzy w ten najczystszy sposób. Nauczyciele, którzy potrafią dotrzeć do uczniów. Pracownicy korporacji, biorący udział w rekonstrukcjach. Muzycy, którzy zamiast łechtania ucha, wybrali dotykanie duszy. Ludzie poświęcający czas i pieniądze, by tworzyć coś dla innych. Zwykli pracownicy fizyczni, bez których wszystko by się zawaliło, a mimo tego nie przypina im się orderów oraz wielu innych. Możecie nie wierzyć, ale każda z tych osób zmieniła cząstkę mnie. Nie głosili oni prawd oświeconych, nie nawracali, nie mówili co jest słuszne a co nie. To ich życie i sposób w jaki je przeżywali, coś czego nie da się wymazać z pamięci, a wystarczy chcieć zauważyć.

Może to kolejny pseudofilozoficzny wpis, może próba narzekania na życie, albo kolejny zapychacz. Dla mnie to jest temat, z którym każdy będzie musiał się zmierzyć i tak naprawdę każdego dotyczy w większej lub mniejszej części. Mnie to wszystko nauczyło kilku mądrych rzeczy, jedną z nich jest: "Czasami zadane pytanie jest lepszą pomocą, niż sama odpowiedź".

piątek, 18 marca 2016

Daredevil sezon drugi

Daredevil po dziś dzień króluje na mojej liście seriali komiksowych, a znalazł się tam nie bez przyczyny. Netflix wraz z pierwszym sezonem pokazał mi, że można zrobić dobry, komiksowy serial, który będzie miał poważną fabułę. Interesujące podejście do złych postaci, które wręcz rozwinęło się z kolejnym serialem z kuźni Netflixa, Jessica Jones. Wielcy źli nie są już tekturowymi postaciami, mają własne pojmowanie świata, wyraziste charaktery i sensowne motywacje, czego w Marvelu jednak brakuje.


Skupmy się na sezonie drugim, który swoją premierę  miał 18 marca 2016 roku. Ten sezon powinien nosić podtytuł: "Punisher, Dobry Diabeł, Zły Diabeł, Zagubiony Diabeł i Elektra". Trudno mi podejść do nowego sezonu jako całości, bo tak naprawdę dostajemy trzy historie podzielone pomiędzy odcinki. Pierwsza historia dotyczy Punishera i jest swoistym wprowadzeniem postaci do serialu, no i jak się okazało, do serialowego uniwersum Netflixa. W tej części historii będzie nam dane zobaczyć spotkanie Diabła z Hell's Kitchen oraz mściciela. Poznamy również motywacje bohaterów i ich wersję sprawiedliwości. Druga historia to tak naprawdę próba moralnego usprawiedliwienia Punishera, która w sumie jest potrzebna, tylko nie wiem czy do końca w taki sposób, jak została przedstawiona. Pojawia się również Elektra, która w moich oczach jest dosyć przeciętnie napisaną postacią. Trzecia część sezonu jest najbardziej w klimatach Daredevila, niezłe sceny walki z fajną choreografią, pojawia się również motyw mistycyzmu, i co najważniejsze, nie psuje tego klimatu. To jest zaledwie zarys fabularny, nie chce psuć przyjemności z przeżywania tych historii oraz kilku naprawdę dobrych scen.


Oglądając, miałem wrażenie, że w nowym Daredevilu jest za mało Daredevila a za dużo Punishera. Frank Castle jest świetną postacią, lecz przez cały sezon był postacią dominującą na ekranie i tutaj muszę się zgodzić z recenzją w tygodniu Time, że cały sezon wyglądał jak zwiastun serialu o przygodach Punishera. John Bernthal zagrał naprawdę dobrze i nie wyobrażam sobie nikogo innego 
w roli mściciela. Elektra Natchios jest postacią, która w sumie nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych czy negatywnych emocji, a sama Elodie Yung jakoś niczym mnie nie zachwyciła, ani niczym nie zniechęciła. Przyjaciele Murdocka też mieli swoje momenty, ale generalnie robili za tło.

Co do kadrowania i choreografii, to czym dalej w odcinki tym lepiej. W ostatnich trzech odcinkach dostajemy porcję dobrego mięsa, walka wygląda ładnie i nie przypomina dziwnych, szamańskich tańców przy ognisku (via Arrow), a czego można było się bać po pierwszych odcinkach. Co do kadrowania, mam wrażenie, że sukces pierwszego sezonu zaszkodził, a sama ekipa nie przyłożyła się zbytnio.

To są właśnie moje pierwsze wrażenia na świeżo, po ukończeniu drugiego sezonu. Mimo wielu mocno dyskusyjnych rzeczy, generalnie bawiłem się dobrze. Przez większość czasu sceny z Mattem Murdockiem są o wiele ciekawsze niż z Daredevilem, oczywiście w momentach kiedy to Frank Castle nie zajmuje ekranu. W mojej opinii drugi sezon jest gorszy od pierwszego. By nie kończyć smutnym akcentem wpisu, dodam, że jest spora szansa na trzeci sezon, wątki idą powoli w stronę Iron Fista, co jest bardzo dobrą wiadomością. Premiera serialu Luke Cage planowana jest na 30 września 2016 roku, więc z pewnością jest na co czekać. A tu macie link do Marvel's Luke Cage Teaser


sobota, 18 lipca 2015

Rzeczy z których chyba się nie wyleczę - #1 RPG

Moja przygoda z grami RPG zaczęła się w pewne wakacyjne popołudnie, o ile pamięć mnie nie myli był to rok 2000. Zaczynaliśmy w trzyosobowym składzie i tylko nasz prowadzący miał jakiekolwiek doświadczenie w tego typu grach. Tamtego dnia nie byłem świadomy tego, że rozpocząłem pewien wspaniały rozdział w swoim życiu. Rozdział, który piszę do dziś.

Dzięki grom fabularnym zyskałem naprawdę sporo. Z pewnością wspaniałe wspomnienia z samej gry, jak i z tego co się wokół niej działo. Siadaliśmy przy jednym stole, czuliśmy się swobodnie, byliśmy poniekąd jak rodzina, żyjąca w swoim małym, hermetycznym, ale wygodnym świecie. Gra z przyjaciółmi nieustannie pobudzała moją wyobraźnię, zacząłem sięgać po fantastykę, co przerodziło się wręcz w moją pasję. Gry fabularne zachęciły mnie do czytania książek, dotarły do mnie skuteczniej niż nauczyciele czy rodzice. Zacząłem również patrzeć inaczej na życie. Mając możliwość odgrywania różnych charakterów, poznawałem inne punkty widzenia na świat. 

Początki bywają ciężkie. Szczególnie jeśli jesteś potencjalnym nowym graczem i dołączasz do osób, które już grały. Jesteś nowy, nie bój się popełniać błędów, nie wstydź się działać. Ja miałem ten komfort, że mistrz gry posiadał podręczniki i kości do gry, lecz by zacząć grać, tak naprawdę potrzebne jest tylko trochę papieru, jakiś ołówek i fajny pomysł. 

Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę. To z kim grasz ma znaczenie, jeden gracz może popsuć całą sesję. Moim zdaniem, najlepsze drużyny składają się z trzech, czterech graczy. Odpowiednia ilość osób, by podczas gry nie było chaosu, a żeby mistrz gry mógł poświęcić czas każdemu z graczy. Zdaję sobie sprawę, że pojawią się głosy "dobry mistrz gry i zgrany zespół może liczyć więcej osób" i zgadzam się z nimi, ale o tym dalej.

Z niejednego pieca chleb się jadło. Przez 15 lat fabularnego stażu, miałem przyjemność bądź nieprzyjemność grać z wieloma mistrzami i w wielu ekipach. Style prowadzenia można podzielić na dwie kategorie. Symbioza, czyli mistrz gry i gracze wspólnie snują opowieść. Prowadzący tworzy historię, a gracze za pośrednictwem wykreowanych postaci ją wypełniają. Walka, gdzie tak naprawdę toczy się pojedynek "my gracze" kontra "on opowiadający". Mój pierwszy game master przeplatał na swoich sesjach te dwa style, co czyni go po dziś dzień numerem jeden, wśród najlepszych prowadzących z jakimi miałem okazje grać.

Stała ekipa do grania czy nowe środowiska? Stała ekipa ma swoje zalety. Poznaliśmy się na tyle dobrze, że mogliśmy stopniowo powiększać ilość osób podczas gry. Wszystko działało sprawniej i czerpaliśmy naprawdę ogromną przyjemność z gry, a w końcu o to chodzi, prawda? Osobiście polecam co jakiś czas szukać nowych ekip. Różne style prowadzenia, różne szkoły grania, często człowiek czuje się jakby uczył się grać od nowa.

Specjalnie nie wspominałem o żadnych systemach, bo nie chcę psuć radości z odkrywania tego świata. Polecam również podcasty, kilka ich się w polskim internecie znajdzie. To zaś moje typy: Kohorta Podcast, Siedzicie w karczmie i ostatni podcast, w którym biorę udział Zmęczeni Branżą. W przyszłości planuję również zrobić podcast wyłącznie o grach fabularnych.



czwartek, 11 czerwca 2015

Zmęczeni Branżą - słów kilka o nowym, najlepszym podcaście po tej stonie Jarugi.

W natłoku obowiązków, kiedy to przerzucam widłami kolejne projekty, topie się w brodziku pragnień, użeram się z ludźmi i żongluję sofistyką, pojawia się projekt zrodzony w bólu i rozpaczy.

Zmęczeni Branżą, projekt czworga osób związanych z dziennikarstwem dotyczącym gier wideo (w większości przypadków). Podirytowani obecnym sposobem przedstawiania i rozmawiania o grach, postanawiają wyruszyć w świat, by głosić swoje prawdy i szerzyć swoje idee. Wraz z ideą podróżuje Vetino - najbardziej profesjonalny z czworga profesjonalnych, główny prowadzący, jedyny montażysta podcastu oraz człowiek, który postanowił zrobić sobie krzywdę i pójść na studia dziennikarskie. Nika - znana również jako Nikamiroda, a dla przyjaciół Blondi. Youtuberka i streamerka, jasny promyk podcastu, jedyna z czworga profesjonalnych, która potrafi mówić do mikrofonu i nie dyszeć. Wielka fanka Batmana, nie wierzysz? Sprawdź tutaj. Gizyks - niekwestionowany król pierogów i samogonu. Redakcyjny kat zwany również korektorem, biegle władający orężem języka polskiego. Człowiek ze specyficznym poczuciem humoru, często niezrozumianym, lecz zyskującym przy bliższym poznaniu. Nieoceniony motywator do pracy, obrońca narodu uciśnionego. Rakosz - aka ja. Pomysłodawca projektu (nazwa kodowa "projekt bażant"), człowiek od suchego poczucia humoru, specjalista od gier Nintendo, gier tak mało popularnych i artystycznych, że prawdopodobnie jest jedną z dziesięciu osób, która wie o ich istnieniu, główny sepleniący podcastu.

Zachęcam do odwiedzenia strony projektu, dodawania komentarzy, dzielenia się pomysłami i opiniami.

piątek, 15 maja 2015

Brutalność: gry vs. seriale.

Inspiracje należy czerpać z każdego skrawka naszego otoczenia. Do tego wpisu zainspirował mnie Piotr Marcinkowski, za co serdecznie dziękuję.

Tematów o brutalności gier i ich wpływie na dzieci jest mnóstwo w sieci. Najtęższe głowy tego świata zastanawiają się, jak pozbyć się tego zagrożenia na miarę terroryzmu. Namaszczeni przez kościół wyruszają na krucjatę przeciwko temu siedlisku splugawienia. Dzisiaj nie będę zbawiał tego medium, nie będę również wyśpiewywał ku niebiosom, jakie to gry są dobre. Dzisiaj ugryziemy temat z innej strony.

Gry są brutalne, a dokładnie jakaś część tego medium. Tak samo brutalne są filmy, bardzo brutalne książki, przerażające wiersze, mrożące krew w żyłach obrazy. Królem brutalności niedosłownej są seriale emitowane przez popularne stacje telewizyjne w bloku popołudniowym. Koronnym argumentem przeciw grom zawsze była możliwość sterowania i czynna (lecz nadal wirtualna) przemoc. Mimo prądu, który pcha nas do fotorealizmu w grach, twórcom nadal nie udało się osiągnąć idealnego, wizualnego odbicia rzeczywistości. Wbrew pozorom, młody człowiek potrafi dostrzec różnice między tym co go otacza, a tym co widzi na ekranie monitora przez tą właśnie różnicę. Seriale typu "Ukryta Prawda", "Szkoła Życia" przedstawiają w odcinku konkretny problem. Po rozmowie z Piotrem skusiłem się i obejrzałem odcinek czy dwa. W mojej ocenie, to istne pranie mózgu. W grach często widać pewne przerysowanie przemocy, graficzny dystans pomiędzy grą a życiem, w tych serialach tego nie uświadczymy (poza fatalną grą aktorską). Serialowa skarbnica wiedzy o narkotykach, alkoholu, ciążach i aborcjach. Dzieci wracają ze szkoły, po smacznym obiadku akurat na pasmo popołudniowe. W każdym medium pojawia się pewien poziom brutalności, więc czemu wciąż skupiamy się na jednym i do tego uogólniając?

Wystarczy chcieć, a można przyczepić się do wszystkiego. Nie zamierzam bronić gier, nie zamierzam mieszać z błotem innych mediów, to nie moja wojna. Zawsze szukamy przyczyn błędów w naszym otoczeniu. Mój ojciec zaraził mnie miłością do gier wraz z pierwszym odpaleniem Atari 2600. Dorastałem w otoczeniu gier, również tych brutalnych, mimo tego nie biegam po mieście i nie morduję ludzi. Za każdym razem jak miałem problem, mogłem porozmawiać z rodzicami. Przez to, że mieli dla mnie czas, pokazywali mi jak świat działa i potrafili odróżniać pewne rzeczy.


wtorek, 12 maja 2015

Rok przerwy i wyborczy czarny koń.

Po ponad rocznej przerwie wracam, by poskrobać sobie palcem po blogu. Moim tematem, na rozruch będzie pierwsza tura wyborów prezydenckich, może druga.

Bronisław Maria Komorowski - Kandydat na prezydenta z ramienia Platformy Obywatelskiej i urzędujący prezydent RP. Zagłosowało na niego 5 031 060 osób, dzięki czemu uplasował się na drugim miejscu z wynikiem procentowym 33.77%. W mojej opinii, brak udziału w debacie prezydenckiej i utrata poparcia młodych wyborców przyczyniły się do takiego wyniku.

Andrzej Sebastian Duda - Kandydat na prezydenta z ramienia Prawa i Sprawiedliwości oraz były działacz Unii Wolności. Przyciągnął do urn 5 179 092 wyborców, dzięki czemu wspiął się na pierwsze miejsce z wynikiem procentowym 34.76%. 

Paweł Piotr Kukiz - Wokalista, redaktor naczelny serwisu nieobecni.com.pl, z wykształcenia prawnik i politolog. Bezpartyjny kandydat na prezydenta, sprzeciwiający się obecnemu systemowi politycznemu, zebrał poparcie 3 099 079 tj. 20.80%. Mimo trzeciego wyniku, tak naprawdę największy wygrany tych wyborów i to jest osoba, na której chciałbym się skupić. 

Od samego początku kampanii wyborczych sytuacja przedstawiała się interesująco. Po ogłoszeniu kandydatów, zapanowała błoga sielanka w obozie Platformy, brak solidnego kontrkandydata podbudowała pewność obecnego prezydenta. Paweł Kukiz zaś był uważany za kolejny wybryk pokroju pana Janusza Korwin-Mikkego, który nie masz realnych szans na zamieszanie w sondażach. Prawie cała kampania muzyka oparta była na walce z obecnym systemem. Dużo mówiło się o braku równości kandydatów w mediach, za co Paweł Kukiz szczerze podziękował stacji TVN24 po ogłoszeniu wyników. Kukiz porwał młodych ludzi, tych którzy pragną zmian systemowych. Wynik 20.80% zmusił ubiegających się fotel prezydenta w drugiej turze o zastanowienie się nad jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Walka o zagarnięcie elektoratu Pawła Kukiza trwa, a ludzie edukują się w sprawach JOWów. Sam muzyk jednak nie wykazuje poparcia dla jakiejkolwiek ze stron, jednak apeluje do ludzi, by głosowali zgodnie ze swoim sumieniem.

Frekwencja wyborów prezydenckich z 2010 roku wynosiła 54.94% w pierwszej turze, w tym roku wynosiła ona 48.96% w pierwszej turze. Co ciekawe w 2014 roku, przy wyborach samorządowych, frekwencja w pierwszej turze wynosiła 47.70%.

Dane odnośnie wyborów prezydenckich 2015 uzyskałem z: http://pkw.gov.pl/

Druga tura już nie jest tak pasjonująca, więc wrzucam wam materiał z kanału Ponki:


wtorek, 29 kwietnia 2014

Geeks, Badgers and tons of...

Podziękowania dla uroczej Magdy M, rozmowa z Tą osobą cenniejsza niż niejeden traktat filozoficzny.

Wspaniale jest odnaleźć swoją drogę, tą jedną, prowadzącą nas ku temu, czego tak naprawdę pragniemy. Chyba każdy człowiek marzy o spełnieniu swoich skrytych pragnień. Nie trzeba być "człowiekiem sukcesu" by to osiągnąć, nie trzeba być nikim wyjątkowym, ja kimś takim nie jestem, a czuje że spełniam swoje marzenia. Rok, tyle czasu potrzebowałem by dojść do rzeczy, o których wszyscy mi mówili.

Jestem częścią portalu piszącego o grach, częścią redakcji. Mimo że siedzę tam już troszkę czasu, dopiero niedawno poczułem się trybikiem w maszynie, która potrzebuje wszystkich części by sprawnie działać. Strach przed porażką jest ważny, ale nigdy nie może być czymś, co ma rzutować na nasz dalszy rozwój. Nie boimy się o rzeczy na których nam nie zależy.

Rok potrzebowałem by dojść do prostych wniosków. Okłamywałem się że mam na wszystko "wyjebane", a tak naprawdę to była iluzja, krucha tarcza za którą chciałem schować swoje ja. Brzmi to bardzo filozoficznie, ale takie nie jest, kwestia doboru słów. Podjeście niewątpliwie wygodne, zmiany mamy gdzieś, ludzi mamy gdzieś. Mnie to żarło, nowotwór zatruwający to, kim jestem. Rzecz była bardziej banalna. Kwestia nie "wyjebania" a odpowiedniego ustawienia granic, nie za daleko byśmy nie stracili ich z oczu, oraz nie za blisko by drzazgi z naszych barykad nie wpadły do oczu.

Gdzie teraz jestem? Na drodze, jak każdy. Robię to co lubie, staram sie robić tego coraz więcej. Biorę udział w projektach które mnie interesują, realizuje postanowienia, pomysły nie kończą się na fazie planu. Popełniam mnóstwo błędów z których jestem dumny. Dalej boję się zmian, tego co przyniosą, ale akceptuje je. Strach mi towarzyszy, nawet nie próbuje się go pozbyć, lecz teraz nie jest czymś co hamuje, a czymś co motywuje i napędza do działania.

Ze swojej strony chcę zaprosić do miejsc bardzo ważnych dla mnie. Gamesmaniac.pl oraz ich profil na FB poral o grach w którym lekko maczam palce. Kolejna inicjatywa, powstała przy współpracy naprawdę wspaniałych ludzi. Geeklisten - Muzyka z Gier to nowy projekt do którego zostałem zaproszony i który został przy mnie wymyślony. 


niedziela, 6 kwietnia 2014

Undergroundowa lanówka w Sochaczewie

Imprezy lanowe, kwintesencja rywalizacji growej, skompresowana do wielkości danych pomieszczeń. 

Piątego dnia kwietnia w SDK Piekarnia odbyła się impreza lanowa. Pomimo braku zainteresowania naszych rządzących, przekazu informacji pocztą pantoflową udało się zorganizować naprawdę fajne wydarzenie. Sam dowiedziałem się od znajomego, który zadzwonił do mnie i plując do słuchawki telefonu, zrelacjonował co tam się dzieje.

Na miejscu powitała mnie grupka mniej lub bardziej znanych twarzy. Zaraz po wejściu do sali głównej pierwsze co rzucało się w oczy, to stara konsolka do gier, znana z dzieciństwa jako Pegazus. Charakterystyczne dźwięki, które dobiegały z tego urządzenia napawały serce radością i powiewem nostalgicznych wspomnień. W momencie mojego pojawienia się, grane były czołgi, jedna z flagowych gier we wszystkich składankach. Na środku sali, na wielkim ekranie projekcyjnym toczył się pojedynek dwóch graczy w Fife 14. Wokół graczy orbitowała grupka fanów sportowych potyczek. Pomimo że nie jestem fanem gier sportowych, było w tym coś magicznego, coś co nie pozwalało oderwać sie od ekranu. Na końcu sali można było pograć w Tekkena. Dwa fotele, telewizor, playstiation 2 i mnóstwo osób chcących udowodnić że to właśnie "Ja" jestem tym najlepszym. Kiedy dawałem bądź otrzymywałem baty od kolejnego gracza, robiło się coraz gęściej od ludu. Finał Fify 14 był szybki, wręczenie nagród kameralne. Ostatnią atrakcją był Counter Strike 1.6, szybka organizacja stołów, momentalne wręcz zainstalowanie się graczy na stanowiskach, sprawna konfiguracja sieci LAN. Minęło dosłownie parę chwil i można było ogladać zmagania graczy. 

Osoba organizująca to wydarzenie naprawdę ogarniała temat. Jak na undergroundowy turniej, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Owszem, zdarzały się problemy, co jest nieodłącznym elementem takich spotkań. Organizator nie był pozostawiony samym sobie, gracze byli pomocni, czesto wychodzili z inicjatywą. Znalazło się coś dla tych, którzy nie czują się dobrzy w grach video. Szalona gra w twistera, który była na tyle hardcorową rozrywką, że nie odważyłem się zagrać.

To nie była ostatnia taka impreza. Gorąco zachęcam do zaliczania takich spotkań. Tak tworzy się kultura w naszym mieście, silna i na solidnych fundamentach.


piątek, 28 lutego 2014

Nie recenzja - Dramat Współczesny

Muzyka jest bardzo rozległą sztuką, co widać po obfitości gatunków jakie w niej występują. Są takie zespoły, których nie jestem wstanie przypisać do danego gatunku, rodzaju muzyki. Właśnie taki problem mam z Kabanosem. Z jednej strony mamy zespół, który bawi się muzyką, nie zawsze podchodzi poważnie do utworów, często bawiąc się formą. Z drugiej zaś mamy zespół, piszący dorosłe, poważne teksty i to w sposób łatwy, przy użyciu prostego języka.

Dramat Współczesny, nowa płyta zespołu Kabanos, która swoją premierę datuje na 28 lutego bieżącego roku. Naprawdę rzadko kupuje płyty, większość muzyki nabywam cyfrowo bądź korzystam z abonamentów, które oferują mi dostęp do swoich bibliotek. Usłyszawszy piosenkę "Brzydota", wiedziałem że muszę mieć ich płytę. Świetna okładka, którą wykonał Czarny Jobacz a współpomysłodawcą był Zenek Kupatasa. Tradycyjnie już w książce z tekstami są błędy, tekst pisany nie zawsze pokrywa się z tym śpiewanym. To charakterystyczna rzecz dla zespołu, który ani razu nie wydał śpiewnika bez jakieś wpadki.
Teksty utworów, czyli płyta mocno o miłości z całym spektrum uczuć, zaczynając od negatywnych, a kończąc na tych wspaniałych. "Amore mio" przykład złej miłości, egoistycznej i czysto fizycznej, kolejny na płycie utwór "Serce", opowiada o pięknej, czystej miłości. Kolejność piosenek jest przeplatanką negatywnych i pozytywnych odczuć, co fajnie wpływa na słuchacza, podczas przesłuchiwania całej płyty. Muzycznie jest to typowa płyta Kabanosa, ciężkie brzmienia, częste łamanie rytmu, wplatanie spokojnej muzyki. Jestem oczarowany płytą, trafiła mi się naprawdę dobra inwestycja. W Dramacie Współczesnym zostajemy wrzuceni do świata problemów, które tak bardzo nas dotyczą, a o których się milczy. Warto wydać te 30 złotych i zmierzyć się z tą płytą i przy okazji dać sobie chwilę na refleksję.

Nie wiem czy jest to najlepsza ich płyta, "Kiełbie we łbie" też prezentowała się dobrze. Widać jak zespół "dorasta", umacnia swój styl i szlifuje to co im bardzo dobrze wychodzi. Z pewnością będę śledził dalsze losy zespołu, bo zdecydowanie pragnę takich płyt jak "Dramat Współczesny". Płytę możecie nabyć na stronie wydawcy Wesołe Baloniki.


czwartek, 20 lutego 2014

Guild Wars 2 - miłość w kilku aktach

Brak MMO, niczym niedobór fosforu wykańcza me serce. Szukałem, błądziłem, zupełnie jak ćpun pozbawiony swojego narkotyku, testowałem swój organizm z nowymi dziełami kultury. Był Aion, niezwykle fajne MMO, Defiance, który skusił mnie klimatem i nic poza tym. World of Warcraft, bezdyskusyjny król, uwielbiam klimat tej produkcji, niestety w moim odczuciu bardzo się już zestarzał.

Guild Wars 2, miłość mająca wzloty i upadki, tak określiłbym swoją przygodę z właśnie tą produkcją. Miłości tej poświęciłem 706 godzin, w tym mojej głównej postaci (Renfree) 627 godzin. Powroty bywają ciężkie, przypominanie sobie mechaniki, szukanie gildii itp. Moja gildia w której byłem przed dłuższą przerwą, bardzo ciepło przyjęła wiadomość że wróciłem. Przypomniałem sobie dlaczego tak bardzo GW2 przypadło mi do gustu. Mechanika która jest bardziej "arcadowa" i starająca się nie być kopią World of Warcaft. Piękny świat, którego zwiedzanie niejednokrotnie pochłaniało mnie całkowicie, oraz nowe eventy, które ArenaNet projektuje dla graczy. Crafting stanowi wyzwanie, nie jest niepotrzebnie uproszczony, dzięki czemu osiągnięcie maksymalnego poziomu daje satysfakcje. Wyzwania gildyjne wymagają zgrania, działając na własną rękę, nie planując trudno osiągnąć zamierzony sukces. Sam rozwój gildii, uczestniczenie w nim, uważam za bardzo pozytywną rzecz. Najbardziej stęskniłem się jednak za World vs. World vs. World (WvWvW). Trzy serwery stają na przeciw siebie w potyczce trwającej tydzień, na specjalnie przeznaczonej do tego mapie. Zdobywanie twierdz, zamków, punktów zaopatrzenia, robienie ulepszeń, dowodzenie ludźmi. Spędziłem na polach bitwy dużo czasu, zdarzyło mi się również dowodzić. Właśnie z WvWvW czerpie najwięcej satysfakcji. Z pewnością wrócę do tematu GW2 jeszcze nie raz, może skupie się na poszczególnych elementach rozgrywki.


niedziela, 15 grudnia 2013

Nie recenzja - Aneta Jadowska

Ostatni nadmiar wolnego czasu pozytywnie wpłynął na sprawę nadrabiania pozycji w literaturze. Prawo pierwszeństwa ma u mnie polska fantastyka, więc szukając czegoś nowego, pani z księgarni (bardzo profesjonalna i o dobrym guście) poleciła mi twórczość pani Anety Jadowskiej.

Tak o to pół roku temu, zakupiłem Złodzieja Dusz. Pierwszą z cyklu powieść o Dorze Wilk, doskonałej pani policjant, przepięknej kobiecie i utalentowanej wiedźmie w jednym. Początek jest w mojej ocenie nudny, w większości skupiający się na życiu w realnym świecie. Czym dalej w las, tym ciekawiej. Historia zaczyna robić się coraz barwniejsza. Mocną stroną książki są postacie, samo pojawienie się przyjaciół Mirona (diabła) oraz Joshua (anioła) powoduje uśmiech na twarzy. Duży nacisk na emocje, poniekąd z powodu pochodzenia wiedźmy jest interesujący, mimo że w większości unikam takich powieści. Fabuła jest wciągająca, logiczna oraz dynamiczna. Pogratulować autorce dobrego poczucia humoru i świetnie wykreowanych postaci.

Będąc pod wrażeniem Złodzieja Dusz, udałem się do ulubionej księgarni, by zakupić pozostałem dwa tomy. Bogowie Muszą Być Szaleni to druga z cyklu powieść o przygodach Dory Wilk. Od samego początku wsiąkłem. Wiedźma musiała stanąć przed nowym wyzwaniem, uratować nie tylko bliskich, ale i całe społeczności przed kaprysem bogów. Brzmi niedorzecznie? Nic bardziej mylnego. Dora odkrywa siebie na nowo, wzbogacona o parę nowych umiejętności postanawia podjąć wyzwanie. Dla mnie najlepsza część cyklu (póki co). Książkę przeczytałem jednym tchem, zalewając swoje ciało gamą uczuć, od rozbawienia poprzez rozrzewnienie kończąc na złości.

Zwycięzca Bierze Wszystko to już trzecia odsłona cyklu. Próba unormowania swojego życia, a pośród niej rozchwiana emocjonalnie wiedźma z bardzo nietypową rodziną. Boże Narodzenie to nie zawsze czas spokoju i rodzinnej atmosfery. Ratująca wszystkich wiedźma, tym razem stanie w obronie własnej. Tak jak Bogowie Muszą Być Szaleni, tak i tą powieść przeczytałem jednym tchem. Mimo że robi mniejsze wrażenie niż poprzednia część, jest naprawdę warta uwagi. Po raz kolejny świetna kreacja czarno-białych postaci. Osobiście byłem zaskoczony niektórymi dobrymi czy złymi. Jako całość, powieść jest spójna i przyjemnie się czyta. Po ukończeniu trzeciego tomu z niecierpliwością czekam na kolejne.

Pani Aneta Jadowska stworzyła naprawdę dobrą literaturę fantastyczną. Czytając, bawiłem się wyśmienicie. Fabryka Słów ma naprawdę nosa do wyszukiwania talentów i niewątpliwie Aneta Jadowska takim talentem jest. Z chęcią pojadę na spotkanie z autorką i postaram się o autograf.

Najnowsza powieść Wszystko Zostaje W Rodzinie ukaże się 14 marca 2014 roku. A więcej informacji o autorce można znaleźć na jej oficjalnym fanpage'u.

środa, 13 listopada 2013

Tost warty dwa wiedźmińskie miecze

Udało mi się skończyć Sezon Burz pana Andrzeja Sapkowskiego. Zadanie nie było to łatwe i to nie ze względu na jakość książki, lecz rozkład zajęć niepotrzebnie wziętych na własne barki. Nie będzie to w żaden sposób recenzja, raczej przemyślenia od strony przeciętnego czytelnika i od strony fana twórczości tegoż pisarza

Czytając nowy twór Sapkowskiego, przypomniałem sobie, za co tak naprawdę pokochałem wiedźmińską sagę. Postacie, a właściwie, to w jaki sposób zostały wykreowane, tętniące życiem miasta, w żaden sposób nie dające odczuć iż są literacką fikcją. Zależności pomiędzy postaciami drugoplanowymi, które odpowiednio zwiększają, bądź zmniejszają tempo przygody. Sezon Burz dotrzymuje pod tym względem kroku poprzedniczkom. Dostajemy świat pełen polityki, intryg, magii, nierówności społecznych, a wisienką na tym torcie jest wiedźmin Geralt wraz ze swoimi problemami czy to natury egzystencjalnej, czy nabytymi przez swój dar popadania w kłopoty.

Książka zaczyna się od uderzenia, białowłosy wiedźmin walczy z potworą, lecz nie wszystko idzie po jego myśli, jedna z przynęt umiera. Mimo że samo wydarzenie nie wpływa na wątek główny, jest miłym wprowadzeniem. Geralt, wbrew swojej woli (jak zwykle z resztą) zostaje wrzucony w wir politycznej rozgrywki. Przed prostym zabójcą potworów ukazuje się świat tak zawiły, iluzoryczny, że łatwo się pogubić.

Andrzej Sapkowski zadaje ważne pytania i sam na nie odpowiada, w postaci przygód umęczonego obrońcy ludzi. Nie raz zostałem zmuszony do refleksji, serce mocniej zabiło. Sama fabuła jest ciekawa w odbiorze, chłonąłem z wielkim pietyzmem. Opisy walk są jak zwykle satysfakcjonujące, opisane fachowym, szermierczym językiem. Wstępy przez rozdziałami są trafnie dobrane, oddające klimat tego, co w danym będzie się działo.

Są rzeczy które mnie denerwują i nie sposób je ominąć. Bodajże dwa razy miałem uczucie, że jakiś wątek został zamknięty zbyt szybko, bardzo na siłę. Postać Jaskra wydawała się inna, bardziej przygłupia (możliwe też że to moje wypaczone zdanie na temat błyskotliwości poety). Mimo świetnych dialogów, które niejednokrotnie wzbudzały we mnie rozmaitą skalę uczuć od rozrzewnienia do złości, zdarzały się dialogi w mojej opinii zbędne (na szczęście, nie były to jakieś istotne dialogi).

Ogólnie rzecz biorąc, Sezon Burz jest kawałem dobrej literatury fantastycznej. Książka powinna się spodobać ludziom lubującym się w sadze, ale także czytelnikom mniej bądź bardziej obeznanym z taką literaturą. Z czystym sumieniem mogę polecić przygody Geralta z Rivii.

sobota, 28 września 2013

Borsuczy Tost z kroplą matczynej miłości

   Instynkt rodzicielski, jeden z najważniejszych oraz najsilniejszych instynktów w naszym życiu. To on podtrzymuje dany gatunek. Zapewne dzięki niemu tak mocno obchodzimy dzień matki.

Witamy w borsuczym świecie, takich słów mi zabrakło gdy pierwszy raz włączyłem grę Shelter. W przypadku tej produkcji, zakup był przemyślany. Świadomy co gra oferuje, wydałem swoje ciężko zarobione 8.99€ i zakupiłem grę poprzez platformę steam. Nie ukrywam że borsuki to jedne z moich ulubionych stworzeń więc moja miłość może być lekko pobudzona. 
Czym jest Shelter? Jest to gra przygodowa, niezależna o rozterkach ww. stworzeń, a dokładnie o matczynych problemach i wyzwaniach. Pani borsuk postanawia przejść z punktu A do punktu B, wraz ze swoim słodkich potomstwem, w ten właśnie sposób przedstawia się zarys fabularny. Na naszej drodze stanie wiele problemów natury rodzicielskiej, takich jak: bezpieczeństwo miotu, wyżywienie czy problemy logistyczne. Graficznie nie reprezentuje się ponad poziom produkcji indie, lecz stylistyka tego świata jest urocza, mam nadzieję że nie będzie to nadużyciem jeśli powiem artystyczna. To co sprawia że kupuję ten świat to oprawa dźwiękowa. Muzyka lasu w ekranie startowym od razu wrzuca nas w klimat produkcji, samo przemierzanie szlaków przy akompaniamencie szumów strumyków, śpiewu ptaków czy szelestu traw potrafi dopieścić nawet wymagające ucho audiofila. Rozgrywka, czyli to, czym ta gra stoi. Mechanicznie wygląda to banalnie, trzy przyciski odpowiadające za: interakcje, sprint i skradanie się. Wystarczy chwilę pograć by przyswoić pewne zachowania. Zdziwiło mnie, jak na dźwięk podniebnego drapieżnika odruchowo zanurkowałem w trawy, by się schować. Wykorzystywanie tej mechaniki, świadomość że najważniejsze jest potomstwo, wygląd świata, są to rzeczy które odkrywają przed nami całą paletę uczuć, które mamy w sobie, robiąc to, co gry robią zdecydowanie za rzadko.
   Produkcja studia Might and Delight z pewnością jest warta uwagi. Niekoniecznie za cenę 8.99€ ale na przecenie czy w bundlu naprawdę warto. Ponadto na stronie gry, znajdziemy książkę "The Circle", która jest idealnym uzupełnieniem pomysłu i oprawy graficznej gry.

 

sobota, 31 sierpnia 2013

Cząsteczka polskości - poprawność.

   Błądzić jest rzeczą ludzką. Każdy bez wyjątku popełnia w życiu błędy, nie uważam tego za coś karygodnego i wartego potępienia, wręcz przeciwnie. Na błędach możemy się uczyć, ulepszać siebie, umacniać charakter, budować swoje, silniejsze ja.
   W naszym umiłowanym państwie, z uporem maniaka "wielcy" rozsiewają wirus poprawności. Na pozór nic złego, bo cóż w tym złego że chcemy być lepsi? Nauczyciel od historii powiedział mi mądrą rzecz: "najgorsze w życiu są postawy skrajne" - zgadzam się z tym. Popadamy obłęd zwany "hiperpoprawnością", zaczyna to dotykać każdego w większym bądź mniejszym stopniu. Wiedziałem że coś takiego w naszym poprawnym państwie funkcjonuje, ale dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie jak bardzo mnie to dotyka. 
W pracy podczas rozmowy, której w tle towarzyszyło radio (nie to jedyne, słuszne), zaczęła lecieć piosenka czarnoskórego wokalisty. Mój towarzysz pracy, który lekko mówiąc nie lubi tej piosenki skwitował to słowami: "nie jestem rasistą, ale nie lubię tej piosenki". Inna sytuacja, człowiek X zelżył człowieka Y, sprawa poszła do sądu, załatwione. Podobna sytuacja tylko że człowiek Y jest pochodzenia żydowskiego (na potrzeby przykładu) i mimo że osoba X nie wspomniała nic o pochodzeniu tej osoby, nie zrobiła żadnej aluzji w tym kierunku, afera, antysemityzm. Powoli porywa na nas spirala absurdu która napędzana jest przez osoby "wielkie". Jeśli ktoś jest bucem, obraża mnie, to nie patrzę na jego pochodzenie, poglądy polityczne czy wiarę, po prostu "daję mu w mordę". I mimo że nie pochwalam rasizmu, denerwuje mnie to dzielenie społeczeństwa, windowanie osób innego pochodzenia na fimamencie racji, aplikowanie nam przesadnego lęku przed popełnieniem faux-pas.


Na koniec podziękowania dla "wielkich" tego kraju za bezpardonowe działania które mają na celu zwichnięcie mojej osobowości.